Władca stajni i Empik

Trochę ponad dwa lata temu znajomy zaprosił mnie na planszówkowy wieczór. Wcześniej grałem sporo, także turniejowo, w Magic: the Gathering, w domu miałem też Cluedo (w polskiej edycji, pod nazwą Detektyw) i Abalone, ale tak naprawdę w temacie nowoczesnych gier bez prądu byłem całkowitym świeżakiem. Jednym z tytułów które poznałem na tym spotkaniu był Bang!

Szczerze mówiąc, gdybym to ja wprowadzał kogoś w świat planszówek, Bang! byłby ostatnią rzeczą którą wybrałbym do pokazania. Ta westernowa karcianka ma przecież same wady – jest koszmarnie losowa, podatna na downtime, a na domiar złego można z niej odpaść nawet przed rozegraniem swojej pierwszej tury! Nie ma mowy, by ktoś po pierwszej partii nie uciekł z krzykiem od stołu i postanowił więcej nie wracać. Cóż, wtedy o tym nie wiedziałem, więc zdecydowałem się spróbować swoich sił. Po wytłumaczeniu reguł miałem jeszcze mętlik w głowie – w końcu trzeba było przyswoić sobie tyle kart naraz, pamiętać o ich dobieraniu i odrzucaniu, o zasięgu, a także o rolach. Fakt – praktyka z M:tG trochę pomogła w załapaniu zasad, ale mimo wszystko nie było łatwo – w Magicu są w końcu opisy działania, Bang! opiera się tylko na ikonkach.

Nie pamiętam już wyniku tej pierwszej partii, wiem że jednak jakoś musiało pójść i chyba nie zginąłem zbyt szybko, bo nie zraziłem się i zagrałem ponownie. Ba, rozegraliśmy już od tej pory na naszych cotygodniowych spotkaniach chyba z kilkaset partii, nierzadko parę razy pod rząd i dalej co tydzień sięgamy po pudełko w kształcie naboju (The Bullet!! – jeśli kupować grę to tylko w tej wersji). Nic też nie zapowiada tego, by miało się to zmienić, bo skoro w ciągu dwóch lat żadna gra nie zdeklasowała Banga! – a swego czasu próbowaliśmy już wszystkiego z Ca$h and Gun$, Samurai Swordem i Cytadelą włącznie – to nie wierzę że cokolwiek jest w stanie tego dokonać.

Czasem sam zastanawiam się, czemu tak się dzieje i czy to naprawdę zasługa gry, czy raczej ludzi z którymi siadam co tydzień do stołu. Wydaje mi się, że tak naprawdę jedno i drugie – bo choć Bang! sam w sobie jest szalenie regrywalny, to fantastyczną atmosferę zapewniają współgracze. Do tej pory śmiejemy się na wspomnienie, gdy jedna osoba ciągle wystawiała Mustanga, a następnie ktoś zawsze odrzucał go za pomocą Cat Balou – przy trzecim zagraniu konia z rzędu, padł komentarz: „Władca stajni”, który rozłożył wszystkich na łopatki. General Store (wł. Emporio) został ochrzczony jako Empik, a zagranie Dynamitu często łączy się z nuceniem T.N.T. AC/DC. Gdy czyta to osoba z zewnątrz, może nie wydawać się to wcale zabawne, ale jeśli sama będzie świadkiem kilku takich sytuacji, także będzie mieć co wspominać.

Oczywiście żywotność gry przedłużają także świetne dodatki – szczególnie wprowadzający nowy rodzaj kart Dodge City i wydarzenia z A Fistful of Cards/High Noon/Wild West Show. Te drugie sprawiają, że nie tylko każda partia, ale i każda runda stają się inne, co powoduje sporo nieprzewidzianych sytuacji (już nie mówiąc o graniu z dwoma taliami wydarzeń jednocześnie, a takie eksperymenty też z sukcesem przeprowadziliśmy). A jeśli gracze grają zbyt zachowawczo… cóż, wystarczy zagrać z Gold Rush, gdzie nagrodą za zadanie ran są bryłki złota wymienialne na dodatkowe karty. Gwarantuję że trup będzie ścielił się gęsto, a ktoś zacznie śpiewać hymn krasnoludów – „Złoto, złoto, złoto, złoto, złoto…” (cholera znowu zacząłem od refrenu!).

Ktoś może powiedzieć, że Bang! to tylko „głupia losowa gra” i z miejsca przyznam mu rację. Jeśli chodzi o planszówkowe preferencje jestem raczej eurodziewczynką, niż ameritrashowcem i naprawdę też nie przepadam za sytuacjami gdy o wygranej decyduje czyjeś szczęście. W dodatku sam miałem etapy, gdy szczerze nienawidziłem tej gry i nawet wołami nikt by mnie nie zaciągnął do rozegrania partyjki (o tym będzie w następnym wpisie), jest to jednak kwestia podejścia i tego czego się oczekuje po rozgrywce. Tak naprawdę nie ma na rynku lepszej pozycji w klimatach spaghetti westernu i jeśli ktoś chce sobie luźno postrzelać w gronie znajomych, to jest po prostu niezastąpiona. Zdecydowanie polecam przetestować to na własnej skórze.

Aha – to nieprawda, że Bang! nie nadaje się do wprowadzania ludzi w świat gier bez prądu. Nie tylko ja jestem tego żywym dowodem, więc jak widać znajomy doskonale wiedział co robi. Za co mu serdecznie dziękuję. 😉

PS. Zdjęcia pochodzą z najnowszej polskiej edycji wydanej przez Barda.

  • Stanisław Juźwicki

    Insajder dżołki z wspólnych partii planszówek to w ogóle podstawa… Ile można potem powspominać…

  • jaroslawczajaZnadPlanszy

    Ja swego czasu grywalem na spotkaniach warszawskich i bardzo milo wspominam. Swietna zabawa o ile nie podchodzi sie do gry zbyt powaznie.

  • kwiatosz

    Ja już jestem po okresie intensywnego grania Banga z dodatkami – gold rush robi w ogóle masakrę – dwie partie, w których jeden gracz zagral tylko jedną kolejkę zabijając podczas niej praktycznie wszystkich wystarczyły, żeby stwierdzić, że dodatki zgrzytają bardzo mocno. Odpowiednio skombowana postać plus Gold Rush kończy grę. Teraz gramy raczej Samurai Sworda, gdzie zamiast wsiadać na konia wchodzi się na armaturę 😉

    • Epyon

      Czy ja wiem, czy zgrzytają… w przypadku Banga akurat brak balansu aż tak bardzo nie przeszkadza, bo zbyt mocne postaci są klupane przez sąsiadów dla zasady. 😉 Innymi słowy: it’s not a bug, it’s a feature. 😉

      Też mimo wszystko preferuję Samurai Sworda (to po prostu lepsza gra, aczkolwiek póki nie wyjdą dodatki, mniej regrywalna od oryginału), ale niestety lobby Bangowe jest w mojej grupie silne. 😉

  • Michał Gościniak

    Ja miałem swego czasu podobne doświadczenia z Saloonem. Graliśmy nawet w 15 osób (na kilka talii). Teraz aż sam się temu dziwię ale wtedy klimat i emocje były niesamowite 🙂