10 gier na 10 minut

W co zagrać gdy mamy tylko kilka minut wolnego? Albo gdy czekamy na brakującą osobę, która zjawi się lada moment? Oto gry, które idealnie się do tego nadają.

7 smoków10. 7 Smoków

Gra autora legendarnego już Fluxxa, w której celem jest ułożenie obok siebie siedmiu smoków w jednym kolorze. Oczywiście jak przystało na produkcję Looney Labs, gra jest skrajnie losowa i momentami nieco chaotyczna, gdy kolory graczy zmieniają się błyskawicznie, a karty zamiast lądować na stole trafiają z powrotem na rękę. Mając jednak to na uwadze, nic nie stoi na przeszkodzie by do gry podejść na luzie i świetnie się przy tym bawić.

Jaipur9. Jaipur

Życie arabskiego handlarza nie jest łatwe, o czym można przekonać się na własnej skórze siadając do partyjki w Jaipura. Jak to zwykle w życiu bywa, staje on przed dylematem, czy sprzedać szybko i tanio, czy poczekać dłużej i więcej zainkasować. W tym drugim przypadku trzeba jednak uważać na to, by nikt nas nie wyprzedził i nie zgarnął sprzed nosa korzystnej sumki. Zasady są proste, partie szybkie, a sama gra bajecznie kolorowa, od pozycji na kilka minut trudno wymagać więcej.

Pentago8. Pentago

Logiczne starcie w kółko i krzyżyk z ruchomą planszą. Właśnie to usprawnienie powoduje, że rozgrywka w Pentago jest stosunkowo wymagająca i czasem trzeba naprawdę sporo się natrudzić, by przechytrzyć przeciwnika. Gdyby ktoś dawniej powiedział mi, że gra w kulki może tak wciągać, to bym zwyczajnie nie uwierzył.

Karaluszek kłamczuszek7. Karaluszek kłamczuszek

Gra blefu w najczystszej formie. Podajemy kartę przeciwnikowi, a on może albo ocenić naszą prawdomówność albo przekazać kartę dalej. Wymaga naprawdę pokerowej twarzy i stalowych nerwów, gdy po raz kolejny ktoś bezbłędnie zgaduje nasze intencje. Tylko dla twardzieli!

Zombie Dice6. Zombie Dice

Trzynaście kości, tekturowy kubeczek, kartka papieru i długopis – to wszystko czego trzeba by w ciągu chwili zamienić się w prawdziwego zombie, grasującego nocą po mieście i czyhającego na niewinne ofiary. Gra wywołuje tonę śmiechu, a dodatkowo jest przy tym skrajnie losowa, więc nikt nie obraża się gdy przegrywa. Zamiast tego proponuje krwisty rewanżyk.

Brawl5. Brawl

Prawdziwy hicior jeśli chodzi o gry czasu rzeczywistego, czyli najprawdziwsza symulacja bijatyki z automatów. Kto nie zagrał, powinien czym prędzej ten fakt nadrobić, bo takiej intensywności nie zapewnia żaden ze znanych mi tytułów. Ciosy wymieniane są błyskawiczne, niektóre z nich są blokowane, bloki z kolei przełamywane, a w międzyczasie bazy o które walczą gracze znikają ze stołu w mgnieniu oka. W tytułowe 10 minut spokojnie da się zagrać nawet kilka razy.

Quarto4. Quarto

Świetna gra logiczna dla dwóch graczy. Wygrywa osoba, która ułoży w linii cztery elementy mające tę samą cechę. Problemem jest fakt, że klocek do wyłożenia wybiera dla nas… przeciwnik. Aby opanować  Quarto potrzeba naprawdę sporo partii, a mimo to nawet najlepszym zdarzają się błędy. Pojedynek można utrudnić, gdy oprócz linii prostych liczą się także kwadraty 2×2.

Qwixx3. Qwixx

Bingo na sterydach, które zgarnęło w tym roku nominację do Spiel des Jahres. Coś musi być na rzeczy – i faktycznie, rozgrywka nie dość że jest błyskawiczna, to jeszcze daje naprawdę sporo frajdy. Nie da się ukryć, że Qwixx przeciera nowe ścieżki dla gier familijnych, może niekoniecznie klimatycznych, ale na tyle prostych, by można było w nie zagrać mając naprawdę niewiele czasu i energii, na przykład po dniu ciężkiej pracy.

Pick-a-Dog2. Pick-a-Dog

Póki co mój numer jeden z targów Essen. Niesamowicie szybka i intensywna gra w znajdowanie różnic, która spodoba się każdemu, kto dysponuje przynajmniej minimalnym refleksem. Mimo zaledwie pięciu rzeczy do spostrzeżenia presja czasu powoduje że o błąd jest łatwo, a zabawa jest naprawdę przednia. Jeśli nie lubisz psów, dostępna jest też wersja ze świnkami i nieco urozmaicona względem pozostałych z misiami polarnymi.

pic2625391. Tsuro

Tytuł, który po prostu zauroczył mnie prostotą zasad i jakością wykonania. Każdy z graczy otrzymuje pion smoka w swoim kolorze i ustawia się gdzieś na krawędzi planszy. Następnie rozdawane są kafelki przedstawiające najprzeróżniejsze warianty trasy, po której poruszać będzie się nasz smok. Osoba która zderzy się z inną lub wyleci poza planszę odpada z rozgrywki. Mimo pewnej dawki losowości, możliwe jest zaplanowanie swoich ruchów przynajmniej na turę-dwie do przodu, a także skuteczne realizowanie założonej taktyki.

Jeśli macie swoje propozycje krótkich i fajnych planszówek lub karcianek, to nie wahajcie natychmiast podzielić się nimi w komentarzach. Pamiętajcie, że czasami każda sekunda jest cenna. 😉

Najbardziej lubimy piosenki, które już znamy

Znasz mój ból, jeśli często wprowadzenie nowego tytułu wiąże się z oporem wśród znajomych. A zwłaszcza gdy tak jak ja jesteś typem gracza, którego za wyjątkiem kilku ulubionych gier, trudno nakłonić do zagrania kolejny raz w to samo.

Ktoś mądry kiedyś sformułował pojęcie tzw. strefy komfortu. Nie bawiąc się w bardziej skomplikowane definicje: w strefie komfortu jesteś tak długo, jak długo unikasz zmian. Może to dotyczyć chodzenia wytyczoną drogą do pracy, odwiedzania ulubionej kawiarnii, słuchania wybranej stacji radiowej, a wreszcie tematu tego wpisu, czyli grania ciągle w te same, dobrze już poznane planszówki. Każde złamanie przyzwyczajeń zmusza nas do wyjścia ze strefy komfortu, co dla większości osób nie jest zbyt przyjemne.

Nie inaczej było, gdy zamiast Agentów Molocha przyniosłem do przetestowania Avalon. Po rozegraniu pierwszych partii zaczęły się pojawiać głosy, że nowa wersja jest dużo gorsza, bo na dobrą sprawę nie działają w niej opracowane przez nas wcześniej metody (a że Resistance trafia u nas na stół zawsze, to mamy tę grę rozpracowaną od A do Z). Nie ma kart intryg, trzeba za to pilnować swoich ról, szukać Merlina, a poplecznicy Mordreda mogą zdecydowanie częściej zagrywać sukcesy by siać prawdziwy zamęt w szeregach rycerzy Króla Artura. Kilka osób nie chciało opuścić swojej strefy komfortu, bo wygodniej było pozostać przy starej grze zamiast zaadaptować się do nowej.

Podobną genezę ma odwieczny konflikt między eurograczami, a ameritrashowcami. Większość z nich poznała kiedyś jeden z tych gatunków i nowe gry dobiera właśnie pod tym kątem. Znam jednak wiele osób, które na kostki zawsze patrzyły z lekkim obrzydzeniem, a pewnego razu pod lekkim przymusem namówione zostały na tytuł przygodowy. Zagrali i bardzo byli zdziwieni po zakończeniu partii, że losowość nie jest jednak taka straszna. Identycznie było w drugą stronę, gdy okazywało się że mimo faktu że ten Feld to taki suchar, to jednak całkiem sprytnie to wszystko wykombinował. Sami raczej nigdy nie wykluliby się ze swoich skorupek i zwyczajnie przegapili kilka naprawdę świetnych gier.

Przyznam szczerze, że choć rozumiem takie podejście, to stoję do niego w zdecydowanej opozycji. Uwielbiam poznawać nowe gry i nie jestem ich przeciętnym odbiorcą. Jestem geekiem. Entuzjastą, któremu puls przyspiesza każdorazowo przy zrywaniu folii z pudełka, który z zapartym tchem wczytuje się w kolejne stronice instrukcji, a przed pierwszą partią niecierpliwie przegląda wszystkie wątki na forum poświęcone danemu tytułowi.

Do bazy Board Game Geeka dodanych jest już ponad 67 tysięcy przeróżnych gier wliczając w to dodatki do nich. Zakładam, że w bardzo optymistycznym wariancie, przy stałym dopływie gier do recenzji, w ciągu tygodnia jestem w stanie poznać dwie, góra trzy nowości (czasem zdarzy się nawet pięć, czasem żadnej, ale koniec końców jakoś się to wyrównuje). Rok ma 52 tygodnie, a grać będę pewnie jeszcze ze 40 lat. Pi razy oko wychodzi 160 gier rocznie i 6400 w ogóle, ale powiedzmy że dla równego rachunku przyjmiemy 6500. To daje jakąś jedną dziesiątą wszystkich gier na świecie, których rokrocznie przybywa coraz więcej. W końcu na samym Essen debiutuje kilka setek nowych tytułów.

W takim zalewie tytułów zwyczajnie szkoda mi czasu na granie ciągle w te same rzeczy. W kolejce przecież czeka cały ogrom fantastycznych gier, pełnych unikalnych rozwiązań, czy tematów. Oczywiście ryzykuję tym, że dana nowość okaże się gniotem i w efekcie tylko zmarnuję czas. Wolę jednak przeżyć zawód, niż kolejną powtórkę z rozrywki w postaci Wsiąść do pociągu, Kolejki czy Osadników z Catanu.

Poza tym w większości przypadków ryzyko jednak się opłaca i nad planszą spędzam naprawdę miłe chwile. Warto się o tym od czasu do czasu przekonać na własnej skórze i mimo przyzwyczajeń dać szansę nowościom.

Spaaaać…

Dzisiaj wpisu na blogu nie będzie.

Czytaj więcej

Board Game Porn

Ile razy zdarzyło Ci się kupić jakiś tytuł tylko dlatego, że świetnie wyglądał?

Czytaj więcej

Patrzeć złym okiem

Przypomnij sobie, kiedy ostatnio przeczytałeś naprawdę negatywną recenzję planszówki. Nie jesteś w stanie? No właśnie.

Czytaj więcej

LCG umarło, niech żyje LCG!

Trochę niespodziewanie gruchnęła dzisiaj wieść, że Fantasy Flight Games wprowadza format draft dla swoich dwóch czołowych karcianek – Game of Thrones i Android: Netrunner. Pierwszą reakcją chyba wszystkich zwolenników formatu LCG jest totalne osłupienie. To znaczy, że od dzisiaj gra z założenia bez losowych zestawów stanie się kolejną grą kolekcjonerską? Czyżby LCG umarło, zabite przez swoich twórców?

Przede wszystkim słowo wyjaśnienia czym jest draft. Format ten znany jest przede wszystkim z nieśmiertelnego Magic: the Gathering. Na turnieje organizowane w ten sposób nie przynosi się własnych kart, a w zamian za większe niż zazwyczaj wpisowe kupuje się nowe zestawy. Następnie kilku (najczęściej ośmiu) graczy siada przy jednym ze stolików i jednocześnie otwiera swoje paczki. Wybierają z nich po jednej karcie, a pozostałe przekazują w prawo. Całość trwa tak długo, aż pula kart zostanie wyczerpana. Wtedy otwiera się kolejną paczkę i dla odmiany podaje w lewo, i tak dalej aż każdy zbierze pulę kart odpowiednią do złożenia talii.

W przypadku Netrunnera, zdecydowanie bardziej popularnego u nas niż GoT LCG, w standardowym drafcie może wziąć udział od 4 do 8 graczy, z których każdy dostanie trzy zestawy – jeden startowy, drugi dla korporacji, trzeci dla runnera. Każdy bierze udział w dwóch draftach – jednym dla każdej ze stron. Gdy jest parzysta liczba graczy w przedziale 8 do 16 połowa graczy dostaje, oprócz startowego, wyłącznie zestaw korporacji, a połowa wyłącznie zestaw runnera i grać będzie tylko jedną ze stron. Wiadomo też, że zarówno korporacja, jak i runner na potrzeby draftu dostanie nową tożsamość.

The Shadow

Mamy więc karciankę, której dla wielu osób głównym atutem była pełna informacja co do kart, które dostaniemy w zestawach. Teraz ten stan rzeczy się zmienia – czyżby oznaczał koniec epoki LCG?

Wręcz przeciwnie – dla żywych karcianek złota era dopiero nadchodzi!

Przede wszystkim w końcu sklepy będą w stanie zarabiać na turniejach. Do tej pory bolączką LCG było to, że na turnieje przynosiło się jedynie własne karty i sklep nie miał żadnego profitu z organizacji imprezy. Najczęściej wyglądało to więc tak, że by cokolwiek zostało zrobione potrzebna była chęć i wysiłki fanów danej gry. Jeśli do wzięcia udziału w zawodach konieczne będzie kupienie kart, to automatycznie zarobi na tym sprzedawca i będzie miał motywację do częstszego wykazywania inicjatywy. Poza tym oczywistym jest, że wraz z każdym kolejnym cyklem wydawniczym, w przypadku żywych karcianek rósł próg wejścia. Jeśli z zasady nie robi się losowych zestawów i nie ma rotacji, to po pewnym czasie nieuniknione jest zwyczajne zwiększenie siły nowych kart, bo zwyczajnie brakuje pomysłów na całkowicie nowe mechaniki. Gdy na turnieju w formacie draft każdy dostaje teoretycznie taką samą pulę kart, to automatycznie wyrównywane są szanse między nowicjuszami, a osobami które kupują kolejne rozszerzenia od początku.

Nie bez znaczenia na pewno będzie też urozmaicenie rozgrywek. We wspomnianym już Magicu przez całą historię gry przewinęło się kilkanaście formatów i pewnie jeszcze niejeden zostanie wymyślony. Ich różnorodność sprawia, że ta sama gra w zależności od turnieju oferuje całkiem inne wyzwania. Są gracze, którzy na przykład specjalizują się tylko w jednym, określonym formacie, gdyż nie zawsze osoba która buduje świetne talie z pełnej puli kart jest w stanie poradzić sobie z ograniczeniami wynikającymi z ich ograniczonej ilości.

Ostatecznie w końcu na rynku pojawi się więcej tzw. „jedynek” z zestawu podstawowego. Zdobycie ich bez konieczności wydawania ponad 100 zł na całą podstawkę może być kuszącą opcją dla osób, które do tej pory nie zdecydowały się na ten krok.

Trzeba przyznać, że FFG bardzo dobrze przemyślało sobie strategię rozwoju swoich karcianek i wprowadzenie opcjonalnego, losowego formatu może zdecydowanie zwiększyć ich popularność. Pewnie wiele osób będzie teraz zapowiadało śmierć LCG, tworzyło internetowe petycje, toczyło wirtualne wojny, a w końcu albo pogodzi się z sytuacją albo zrezygnuje z grania. I dobrze – na ich miejsce przyjdą kolejni, a żywe karcianki wkroczą w nowy, zdecydowanie ciekawszy etap.

To będzie wspaniała noc

Moje niedzielne spotkania z planszówkami mają tę ogromną wadę, że trwają zaledwie pięć godzin. To zdecydowanie zbyt mało, by nasycić wygłodniałego po całym tygodniu abstynencji geeka. Ostatnio udało nam się jedynie rozgrzać przy kilku rundkach Pick-a-Dog, trochę wytężyć mózgi przy Kemecie, pobawić przy Choose One, a całość zakończyć czteroosobowym starciem w Tezeusza.

Szczególnie pierwsza pozycja okazała się niesamowitym hiciorem. Nie spodziewałem się, że tak prosty pomysł dostarczy aż tyle radochy i tutaj podziękowania za polecenie gry należą się Merry. Kemet niestety niezbyt się przyjął ale mam nadzieję że w najbliższym czasie będzie jeszcze okazja dać grze szansę, być może w zmienionym składzie. Z kolei Choose One wydawnictwa Looney Labs już trzeci tydzień święci triumfy jako ulubiona imprezówka i chyba nieprędko się to zmieni. W końcu Tezeusz, wzięty raczej „na wybadanie” w gronie dwóch osób grających pierwszy raz i dwóch mających do czynienia z prototypem wypadł zgodnie z oczekiwaniami – nieco chaotycznie, ale wciąż satysfakcjonująco

Mimo wszystko cztery partie na tydzień to nie jest imponujący wynik, więc nic dziwnego że coraz częściej łapię się na tym, że nie gram tyle co kiedyś – z każdym kolejnym semestrem więcej czasu zajmuje mi uczelnia i pozostałe obowiązki. Jest to pewnie ułamek tego, z czym muszą zmierzyć się osoby mające na głowie pracę, rodzinę i dzieci do wychowania, ale mimo wszystko już teraz staram się opierać temu zjawisku jak tylko mogę. Ktoś powiedział, że mężczyźni dojrzewają do trzeciego roku życia, a potem już tylko rosną i chyba jest w tym stwierdzeniu jakaś prawda, bo ostatnio trochę z dziecięcym uporem chciałbym zwyczajnie olać pozostałe sprawy i rozerwać się przy kilkugodzinnej partyjce Dominant Species, czy Gry o tron. A najlepiej obu.

Całe szczęście już w sobotę spotykamy się ze znajomymi na całą nockę, w trakcie której w ruch pójdą wszystkie tytuły, na które normalnie brakuje czasu. Na pewno zabieram ze sobą Cyklady, które w swoje ręce dorwałem dopiero niedawno i z miejsca się w nich zakochałem. Dodatkowo w torbie znajdzie się miejsce na Chaos w Starym Świecie i kurzących się już chyba od roku na półce Kupców i korsarzy. Liczę na to, że w przerwach na stół trafi Dixit oraz Netrunner. Podchodząc do sprawy racjonalnie już teraz wiem, że tego pięknego planu nie uda się zrealizować w całości, ale po raz kolejny odzywa się we mnie dziecko, które ma nadzieję, że w jakiś magiczny sposób ta noc potrwa dłużej.

Noc, w trakcie której po raz kolejny spróbuję zbudować potężne metropolie, zyskać łaskę bogów i roznieść w pył armie przeciwników.

Noc, gdy rozsieję spaczenie, wypowiem wojnę kultystom rywalizujących o dominację bóstw Chaosu, a wreszcie sprowadzę zagładę na Stary Świat.

Noc spędzoną na pachnącym solą i rumem okręcie, grabiąc handlarzy i zatapiając wojskowe galeony.

Bezsenną noc poświęconą na włamanie na świetnie bronione serwery korporacji.

I wreszcie noc, w której odbędę bajkową podróż do krainy wyobraźni.

Już nie mogę się doczekać i niecierpliwie odliczam kolejne dni. W piątek zapewne będę odliczał już godziny, po raz kolejny wertując instrukcje i przypominając sobie zasady. Następna okazja do spędzenia nad planszą kilkunastu godzin zapewne zbyt prędko się nie zdarzy, ale nie zamierzam martwić się na zapas.