Patrzeć złym okiem

Przypomnij sobie, kiedy ostatnio przeczytałeś naprawdę negatywną recenzję planszówki. Nie jesteś w stanie? No właśnie.

Zawsze przed napisaniem recenzji autor staje przed wyborem – bardziej opłaca się napisać artykuł szybko, by zdążyć przed konkurencją, czy jednak lepiej jest spędzić przy stole trochę więcej czasu i stworzyć uczciwy tekst? W czasach, gdy wartość serwisów mierzy się nie w rzetelności, a w liczbie wyświetleń, czy lajków, a pozytywnie nacechowane teksty są czytane zdecydowanie chętniej, problem wcale nie jest taki błahy. Nie pomagają też ciągle spływające propozycje kolejnych tytułów do przetestowania, napięte terminy (szczególnie w okresie po targach w Essen), bądź zaufanie do znanych projektantów.

Raczej nie jestem odosobniony w twierdzeniu, że recenzent, który nie wykonuje rzetelnie swojego zadania z chęci przypodobania się wydawcy, z powodu napiętego grafika, czy piszącego tylko dla jak największej liczby uniesionych kciuków, to – cytując Sapkowskiego – „świntuch, kurwiarz i kłamca”. A na ludzi, którzy usprawiedliwiają to jeszcze chęcią obrony przemysłu gier już naprawdę brakuje mi niecenzuralnych określeń, bo jak dla mnie absolutnie nic nie tłumaczy działania w schemacie pograć-napisać-zapomnieć. Zdaję sobie sprawę, że niemożliwym jest znaleźć czas na rozegranie dwudziestu kilkugodzinnych partii przed napisaniem tekstu, ale póki nie poznam przynajmniej w miarę dokładnie każdego aspektu recenzowanego tytułu sumienie by mi nie pozwoliło, by usiąść do klawiatury. Cenię swoich czytelników i przede wszystkim w stosunku do nich staram się być fair, kwestia zrobienia dobrze wydawcy w tym wypadku nie interesuje mnie w ogóle. Dlatego też staram się nie przeoczyć żadnej z wad, które mogą mieć znaczący wpływ na ostateczną ocenę i decyzję o zakupie gry. Wydawcy także powinni zrozumieć fakt, że szczerze przyznane słabe noty są mimo wszystko lepsze, niż utrata wiarygodności wśród nabywców po przeczytaniu przez potencjalnego klienta fałszywie pozytywnej recenzji. A jeśli to do danej firmy nie dociera, to niestety, ale nie wróżę jej zawojowania rynku.

Jednocześnie nikt nie jest w stanie uniknąć jakiejś wpadki. Chociażby samo wykrycie czy dany tytuł jest zepsuty nie należy do najprostszych zadań, wymaga dużego doświadczenia oraz wielogodzinnych testów w różnorodnym gronie graczy, więc zazwyczaj nie można wymagać od recenzenta aż tak dogłębnej analizy danego tytułu. Zwłaszcza że akurat w tym przypadku ważniejsze jest to, że grając w daną pozycję dobrze się bawimy, a nie że po setnej z kolei partii uda nam się złamać grę i znaleźć uniwersalną drogę do zwycięstwa.

Nie ułatwia zadania fakt, że na naszym rynku gier planszowych wszyscy wszystkich znają. Wydawcy to również hobbyści, którzy często i gęsto pojawiają się osobiście na konwentach. Chcesz uścisnąć sobie rękę z Ignacym Trzewiczkiem, Filipem Miłuńskim albo Adamem Kałużą? Nic bardziej prostego, wystarczy pojawić się na Pionku, Avangardzie albo innej tego typu imprezie. Gorzej, jeśli tydzień wcześniej zmasakrowałeś Jaskinię, skrytykowałeś jakość wydania Winter, czy stwierdziłeś że Kolejka tak naprawdę to totalny szajs, którego sprzedaż napędza jedynie sentyment do lat młodości. Wtedy tak jakoś głupio im w oczy spojrzeć, a atmosfera nie jest zbyt przyjemna.

Jasnym jest, że wszyscy jesteśmy entuzjastami, którzy świetnie bawią się z grami w gronie znajomych, ale musimy pamiętać o tym, że na każdej potencjalnej opinii opierają się potem klienci sklepów, którzy inwestują nierzadko spore pieniądze w zakup nowych tytułów. Pisząc wyłącznie pozytywne recenzje, nawet stosunkowo słabych pozycji, możemy jedynie zaszkodzić całemu fandomowi, gdy kolejne zawiedzione osoby rzucą daną grę w kąt, zamiast cieszyć się z każdej kolejnej rozgrywki. Zamiast tego warto czasem spojrzeć trochę bardziej krytycznie i wytknąć grze stosowne wady, zamiast udawać że na rynek trafiają same hiciory. Na pewno wyjdzie to wszystkim na dobre.

  • Stanisław Juźwicki

    Wydaje mi się, że pomijasz jeden ważny aspekt – czy jako recenzent weźmiesz to zrecenzowania grę z gatunku, który (co z góry wiesz) Ci nie odpowiada? Ja osobiście nie tknę się recenzji gry strategicznej, czy wszelkich 4X-ów (bo nie umiem w takowe grać), szerokim łukiem omijam też cokolwiek, co podchodzi pod ameritrashe (bo ich nie bardzo lubię). W ten naturalny sposób robię wstępną selekcję do gier, które mają statystycznie znacznie większą szansę mi się spodobać.

    Powyższe dotyczyło nowych gier. Jeśli zaś idzie o starsze tytuły, którymi chcę się podzielić – prosty przykład. Grałem w lekko ponad 150 gier w swojej nie za długiej planszówkowej karierze. Spodobało mi się może ze 30-40. Zauroczyło mnie, ja wiem, z 10? Czy ktokolwiek na moim miejscu, mając ograniczenia czasowe normalnie pracującego człowieka, traciłby czas na recenzowanie tytułów, które uważa za średniaki?

    Wszystko to oczywiście nie podważa argumentu o rzetelności recenzji, no ale cóż. Sam napisałeś, że nikt nie ma czasu grać 10-20 razy przed zrecenzowaniem jednej gry (chapeaux bas, Palmer :P). Poza tym podpiszę się wszystkimi kończynami pod stwierdzeniem, że przede wszystkim chodzi o wrażenia i zabawę – ja opisuję grę X, mnie się spodobała, piszę to. Jeżeli komuś innemu się nie spodoba – cóż, od tego mamy 20+ plus bloggerów w jednym miejscu, żeby opinie się ścierały 🙂

    • Dla mnie pisanie o złych grach nie ma sensu. Tekst o grze dobrej sprawdzi się lepiej, niż pisanie o złej. Jeżeli coś polecam to czytelnik ma szanse zagrać (jeżeli tekst go skusi) w coś ciekawego. Jeżeli napiszę o tej złej to nie zagra w nic i tak naprawdę nikt na tym nie zyska. Pisanie o grach nie jest moim jedynym zajęciem, więc czas, który przeznaczam na gry, podobnie jak Staszek, wolę poświęcić na granie i pisanie o tym co mnie bawi.

      • kdsz

        „Jeżeli napiszę o tej złej to nie zagra w nic i tak naprawdę nikt na tym nie zyska”. Oczywiście, że zyska (a właściwie nie straci). Nie straci czasu i pieniędzy, które będzie mógł zainwestować w lepszy tytuł.

        @Epyon. Bardzo ciekawy tekst. Jest kilka polskich gier po których ostro przejechali się gracze (np. Mercurius, Slavika), ale chyba nie widziałem negatywnych recenzji tych tytułów. Czasem mam wrażenie, że ocena bazowa rodzimych gier to 8/10, a rola recenzenta sprowadza się do dodania lub odjęcia maksymalnie 1 punktu

        • @kdsz: Równie dobrze można powiedzieć, że jakby wybrał gry opisywane, które są polecane to by nie musiał kupować tych złych. Ja otwarcie u siebie mówię, że opisuję gry dobre bo na inne szkoda mi czasu.

        • WookiePL

          Mercurius miał negatywne recenzje. Chociażby w recenzji na gamesfanatic.

          • kdsz

            Akurat recenzji Wikingów nie oglądałem (nie interesuje mnie ta gra i znam ją wyłącznie z okładki). Jeśli chodzi o Mercuriusa to byłem zaciekawiony i czytałem o nim sporo przed premierą i po premierze. I zaskoczyła mnie rozbieżność między opiniami graczy a recenzjami. Na GF widzę ocenę 3/5 czyli całkiem OK chyba…

            BTW w zapowiedziach Mercurius wyglądał na grę zupełnie odmienną od tej która się ukazała. Od tego czasu zacząłem się mocno zastanawiać w jakim stopniu o finalnym kształcie gry decyduje wydawca a nie projektant. Ale nie ciągnę tematu, by nie robić offtopa

          • Ink

            Dla

          • kdsz

            Zawsze czytam recenzję od dechy do dechy. I wydaje mi się, że ocena punktowa powinna być zgodna z „częścią opisową” na tyle na ile to możliwe. A nie zawsze tak jest. Przykład pierwszy z brzegu – recenzja Dziedzictwa na boardtime.pl. Wśród wad autor wymienia słabości wykonania:
            – część kart znajomych po zaledwie kilku rozgrywkach przetarła się na brzegach – może być więc potrzebne zakoszulkowanie kart
            – błąd na jednej karcie misji (Królewska Marynarka Wojenna)
            – zdecydowanie za mało kart pieniędzy (zauważalne w rozgrywkach czteroosobowych)

            a poniżej:
            Jakość wydania, komponenty: 5/5

            ????

          • Łukasz Hapka

            Jakość wydania/komponenty rzeczywiście powinny zostać obniżone.
            Poprawiłem. Ostatecznie jest to 4/5. Przepraszam za niedopatrzenie. Ogólnie jednak to dalej gra wydana bardzo dobrze.

        • Epyon

          Akurat na Slavice imo przejechali się ludzie, którzy oczekiwali gry dla geeków. Poza oczywistym problemem z zakończeniem, gra jest całkiem ok.

    • Epyon

      Akurat mam ten komfort, że lubię wszystkie gry. 😉

      Natomiast nie chodzi mi bynajmniej o recenzowanie wszystkich gier jak leci – również tych już z założenia słabych. Ale nieraz wydawca rozkręca hype, obiecuje ósmy cud świata, a w praktyce dostajemy koszmarek, o którym trudno coś dobrego napisać, a mimo to spora część recenzentów na siłę doszukuje się w nim zalet, byle tylko napisać pozytywną recenzję. Bo wydawca inaczej się obrazi i nic więcej nie przyśle, bo inaczej nie będzie lajków, bo nie wpiszę się w trend na forum itd.

      • Tutaj poruszasz problem inny: czy recenzenci piszą o grach to co myślą, czy pod publiczkę dla gier, które dostaną do opisania.

    • Ela

      Recenzenci z taką lekkością przyznają, że „nikt nie ma czasu grać 10-20 razy przed zrecenzowaniem jednej gry”? Serio? Wiadomo, że ilość partii koniecznych do poznania gry zależy od tytułu, ale:
      – w krótkie gry można zagrać więcej razy, przy małym nakładzie czasu;
      – dłuższe gry są zwykle też bardziej skomplikowane, wymagają wgryzienia się w rozgrywkę, więc mimo wszystko kilka-kilkanaście partii pozwala wyrobić sobie opinię.
      Jak nie ma się czasu na dobre ogranie gry, to nie powinno się deklarować przygotowania do niej recenzji.

      Pisząc recenzje po jednej partii łatwo można ulec takiemu urokowi nowo poznanej gry. Czy ta opinia nie zmieni się po 10-20 rozgrywkach, kiedy zauważymy pewną powtarzalność rozgrywki? To może być jeden z powodów pojawiania się tylu przesadnie pozytywnych recenzji.

      • Dwie kwestie. Przeanalizowałem w głowie tytuły, które mam i generalnie jeśli po 4 – 5 rozgrywkach wyrobiłem sobie opinię to raczej mi się ona nie zmieniła. Pamiętaj, że recenzenci mają podzielić się swoją opinią o grze (a na to kilka rozgrywek starczy) a nie opisać wszystkie niuanse, strategie wygrywające, etc. (na to pewnie te 10 – 20 rozgrywek byłoby potrzebnych). No i kwestia czasu. Jeśli recenzuję nowość na rynku to graczom, wydawcy i mi zależy żeby recenzja pojawiła się w miarę szybko.

        • Ela

          Czym innym jest powiedzieć „po 4 rozgrywkach mam tę grę ograną”, a czym innym „nie miałem czasu na więcej”. Po prostu, stwierdzenie że nikt nie gra 10 partii przed napisaniem recenzji trochę podkopuje wiarygodność (ja np. gram, często znacznie więcej).

          Odnośnie drugiej kwestii, to, szczerze mówiąc, mnie np. zależy, żeby pojawiające się recenzje były pisane rzetelnie, a nie jak najszybciej.

          • Stanisław Juźwicki

            Szczytne założenia (żeby nie było, też bym chciał, żeby tak to wyglądało) – ale tu z buciorami wkracza wredna Pani Matematyka. Załóżmy, że chcę napisać recenzję czegoś bardziej skomplikowanego (na poziomie, powiedzmy Le Havre). Zagranie w taką grę to lekką ręką 3h. Innymi słowy tylko i wyłącznie wieczór, a i to nie każdy. Załóżmy, że uda mi się wyłączyć cały wieczór na planszówkę raz na 2-3 dni (w moim przypadku całkiem realne założenie, a już wchodzimy w terytorium ostrego geekostwa).

            Jeżeli więc chciałbym mieć przynajmniej te 10 partii rozegranych, to prosta matematyka mówi, że mogę napisać recenzję mniej więcej raz na miesiąc. Z tego z kolei wynikałoby, że generalnie pisać na blogu mogę raz na miesiąc (o tym już na forum GF była dyskusja, ile to jest „dużo” wpisów na blogu).

            No i teraz dochodzimy do trudnego pytania: czy skoro jako bloger powinienem przynajmniej powiedzmy raz na tydzień coś puścić (myślę, że to taki rozsądny kompromis) a z drugiej strony normalnie pracując mogę napisać „rzetelną” recenzję raz na miesiąc… to czy z tego wynika, że aby być rzetelnym blogerem, to absolutnie muszę to robić full-time i nie mieć innego zajęcia, żeby móc grać codziennie?

            Przepraszam za pewną manipulację i przejaskrawienie, ale jeżeli przyjmiemy taką twardą postawę, jak Twoja, to wychodzą nam nieciekawe wnioski… albo będę grał w jedną grę cały miesiąc i wtedy napiszę recenzję… albo będę grał w różne gry, ale wtedy recenzja będzie po pół roku… albo będę recenzował grę po 2-3 partiach i będzie to zagrożone nierzetelnością.

      • Robert C.

        To zależy od tego jak podchodzi się do grania. Jak ktoś kupuje jedną grę na parę miesięcy czy rok i ją ogrywa to chce by była ona sprawdzona pod każdym względem. Gdybym miał zamiar posiadać jedną grę i grać w nią non stop to oczywiście chciałbym by zakup był trafiony a recenzja kompleksowa. Jednak osobiście (choć pewnie nie jestem odosobniony) wolę częste zmiany gier, i nie oczekuje od recenzenta rozłożenia gry na czynniki pierwsze i kompleksowej analizy tylko informacji czy po kupnie gry przez kilka partii wciągnie ludzi na tyle że chętnie do niej wrócimy. Ale jest też druga kwestia ludzie lubią mieć rzeczy na topie nowości by móc opowiadać znajomym że są „na czasie” dobre ogranie gry wymaga czasu a ja np. nie będę czekał pół roku na reckę Tezeusza skoro widzę że ludzie już grają już dyskutują o tej grze. Na ile dobrą recenzje da się zrobić na szybko to już inna kwestia. Poza tym nietrafiony zakup zawsze można sprzedać. Zresztą wraz z upowszechnieniem się wypożyczalni będzie łatwiej sprawdzić gry przed zakupem.

        Swoją drogą bardzo kompleksowe analizy odbierają grze „magię” przyjemność poznawania jest wypracowywania własnych strategii.

  • WookiePL

    Poruszasz ważny temat, którego inni wolą nie tykać:)

    Rzeczywiście jest trochę tak, ze trudno oceniać negatywnie gry autorów, których się zna. Tak samo trudno oceniać negatywnie gry wydawców, których się zna. Ja sam niejednokrotnie zrobiłem nierzetelną recenzję szukając na siłę zalet gry, ale staram się z tym zerwać (patrz recenzje Kto z Kim, Wikingów, Grand Prix, itd).

    Absolutnie się z tobą zgadzam co do szału tworzonego wokół gry, który potem utrudnia rzetelną ocenę. Mam wrażenie, że recenzenci nie potrafią się odciąć od marketingowych zagrywek wydawcy. Bo rozumiem fanboy’ów, którzy w ciemno kochają każdą grę trzewika. Ale recenzent musi być jak najbardziej obiektywny.

    A czasami tendencja jest odwrotna. Niektórzy recenzenci grają raz, nie podoba im się jakiś bzdurny aspekt i zaniżają ocenę. Przykładem może być „recenzja” 7 dni Westerplatte, które autor porównał do Robinsona 😀 A inny recenzent zaniżył ocenę, bo po 7 dniach i tak się poddajemy;)

    @Tycjan:disqus :
    Fajnie jest pisać/mówić o grach, które są nasze ulubione. Ale jak wydawca wysyła grę do recenzji to nie wiesz, czy gra cię porwie, czy będzie (a tak jest zazwyczaj) średnia. A recenzję zrobić musisz.

    • Bartek Zbączyniak

      Każda ocena jest subiektywna, a w przypadku gier planszowych zauważyłem, co jednemu się podoba, innemu nie. Przykład: Kolejka – rodzina oceniła ją jako nudną, dzieci w szkole za nią przepadają:) Grand Prix – dorośli uznali, że to gra prościacka i mega losowa – dzieci w szkole się w nią zagrywają. I mógłbym tak podawać więcej przykładów. Myślę, że do recenzji – każdej – trzeba podchodzić z pewnym dystansem – a opisywać warto wszystkie gry:) Nigdy nie wiadomo co komu podjedzie.

      • Grand Prix jest bardzo dobrą grą, którą wyciągam na rodzinnych spotkaniach lub jak trzeba coś dograć na koniec. Jakoś nikt nigdy nie narzekał (dorośli, młodzież), ale przecież nie zaproponuje jej jako główny punkt spotkania z grami. Czyli co gra jest dobra, czy zła? Oczywiście, że jest dobra w odpowiednim czasie bo to właśnie ją wyciągnę, a nie inną. Czasami w czasie grania w GP jest więcej emocji niż w niejednej grze wydawanych jako pewny hit.

    • Mam ten komfort, że jestem blogerem, a nie [zawodowym] recenzentem i piszę na swoim blogu to co chcę.

      • @Tycjan:disqus a mamy „zawodowych” recenzentów? @WookiePL:disqus a ja się nie zgodzę, że „recenzent musi być jak najbardziej obiektywny” – to po prostu przecież nie możliwe. Recenzując grę mówisz o swoich emocjach i odczuciach, a te z zasady są nieobiektywne. Oczywiście, możesz przypuszczać czy dany tytuł bardziej przypadnie geekowi czy casualowi, czy tym lubiącym negatywną interakcję czy nie, fanom optymalizacji czy fabuły, etc. Jednak to też tylko twoja opinia… Ja zwróciłbym uwagę na na jeszcze dwa aspekty. Sporo pojawiło się ostatnio nowych recenzentów, którzy patrzą na gry inaczej niż „stara gwardia” – mniejsze znaczenie mają dla nich mechaniczne trybiki a większe fun z rozgrywki, emocje i miłe spędzenie wolnego czasu. Sądzę, że ze swoimi tekstami łatwiej trafiają do casuali niż pogłębione recenzje czy forumowe dywagacje nad każdym elementem mechaniki. Inna kwestia to wydawcy i hype, który nakręcają. Mam wrażenie, że Portal czy Rebel (choć ten drugi dużo bardziej) zrozumiały, że gra to produkt jak każdy inny, że jeśli chcą ściągnąć nowych klientów (czyli więcej sprzedać i zarobić) to musi być ładnie, głośna i widoczna promocja i proste zasady – pojawiały się już w dyskusji takie tytuły jak Slavika, Wikingowie czy Mercurius, które spełniają te kryteria i jak widać po ruchu hurtowym sprzedają się. Przypadek czy zaplanowana strategia wydawcy? Sam mam znajomych, których „wciągnąłem” w gry ekonomiczne Mercuriusem, a teraz nie wyobrażają sobie spotkania bez Agricoli.

    • Krzysztof Pilch

      @WookiePL:disqus chodzi Ci o recenzję http://www.boardtime.pl/2013/10/7-dni-westerplatte-czyli-o-tym-ze.html
      i nadal się upierasz, że Łukasz nie powinien porównywać? :). Klimat w grze, to przecież nie jest bzdurny aspekt a Łukasz porównywał jedynie to.

      Z drugiej strony Twoja recenzja „Kto z kim” sprawiła, że przestałem się martwić, ze może Maciek źle ocenił tę grę pisząc swoją recenzję:
      http://www.boardtime.pl/2013/11/kto-z-kim-recenzja.html

      • kdsz

        Mechaniczne uproszczenia w grach familijnych wpływają też na klimat. Porównanie 7 dni Westerplatte z Robinsonem to jakiś absurd.

        • Łukasz Hapka

          Jako autor tej absurdalnej recenzji pozwolę sobie podkreślić, że nie
          porównywałem tych gier w każdym aspekcie (złożoność, czas gry, wygląd), a
          jedynie chciałem zaznaczyć, że klimat w 7 dniach Westerplatte jest
          troszeczkę słabiej oddany. Poza tym owszem złożoność obu gier jest inna, na pewno 7 dni Westerplatte są bardziej familijne niż Robinson, ale jak dla mnie nie musi to tłumaczyć pewnych rozwiązań czysto mechanicznych, na których niestety cierpi klimat.

          • kdsz

            Oczywiście masz prawo uważać Westerplatte za suchara. Chodzi o niefortunne zestawienie z grą zupełnie innego kalibru. Gdybyś wskazał np. K2 za wzór odwzorowania tematu przy ograniczonej liczbie reguł i rekwizytów i na tej bazie kwestionował klimat w Westerplatte, to nikt by się nie czepiał Twojego tekstu.

          • Łukasz Hapka

            OK. K2 to rzeczywiście dobre porównanie. Robinson wydał mi się o tyle dobry do tego zestawienia, że (co zresztą podkreśliłem w recenzji) zauważalnych jest wiele podobieństw pomiędzy obiema grami.

    • Maciej Jesionowski

      Wookie, nie przejmuj się. Robisz to bardzo dobrze. Naciągaj, podciągaj. To jest własnie recenzja.

      Planszkowi recenzenci często nie odrabiają prac domowych, nawet tych podstawowych i nie dowiaduję się, że np. (za ciocią wiki):

      ***

      Recenzja – analiza i ocena dzieła (…) itp. Pełni funkcję informacyjną, wartościującą i postulatywną, nakłaniającą lub zniechęcającą.

      (…) Jest gatunkiem o schematycznej strukturze: zawiera elementy informacyjne, analityczno-krytyczne i oceniające. Kompozycja recenzji jest dostosowana do wymogów tematycznych dzieła, określonego odbiorcy, specyfiki medium, w którym recenzja jest publikowana. Krytyczne lub pozytywne omówienie utworu artystycznego lub naukowego, którego celem jest poddanie ocenie wartości tego dzieła w oparciu o powszechnie przyjęte kryteria lub w sposób czysto subiektywny.
      ***

      Zgadzam się z artykułem – jak dajesz ocenę, to zgadzaj się z nią i miej odwagę jej bronić. Pamiętaj, to jest Twoje zdanie. Analogicznie, nie ważne jak dobry film nakręcono, on może się Tobie po prostu nie podobać. A bo aktora nie lubisz, a bo fabułę przewidziałeś po 15 minutach. I co z tego, że jest zakręcona jak baranie rogi. Co z tego, że aktor dostał oskara. TOBIE SIĘ NIE PODOBA I BASTA. Autorzy nie powinni też mieć o to pretensji. Tym bardziej wydawnictwa.

      Jest prosta zasada z innych blogowych-recenzenckich branż: informuj ich, że poczyniłeś recenzję, poinformuj ich o tym jak ona wygląda. Niech powiedzą, czy chcą publikacji. Wiesz, w końcu ktoś wysyła tę grę po to, abyś ją ocenił. Ale ma prawo nie chcieć negatywnej opinii. Ale nie ma prawa „cofnąć” Ci Twojego wynagrodzenia.

  • UncleLion

    Jeżeli mogę wrzucić swoje „trzy grosze”. Oceny recenzji często wynikają z próby spojrzenia na grę przez pryzmat grupy docelowej. To co podoba się „wyjadaczom” nie koniecznie spodoba się „niedzielnym graczom”. I podkreślenie do kogo jest zdaniem recenzenta gra coraz częściej spotykam czytając teksty.

    Inna rzecz, że jeżeli recenzent (blogger) napiszę ewidentnie naciąganą recenzję traci zaufanie wśród czytelników. A skończyły się czasy gdy nie było alternatywy i aby się czegoś dowiedzieć trzeba było czytać daną stronę o grach. Teraz wybór jest duży, zatem piszący musi się starać nie tylko o dobrą współpracę z wydawnictwem, ale także (a może przede wszystkim) o dobry odbiór przez czytelników. Zresztą wydawcy także patrzą przez pryzmat odbioru bloga.

    Natomiast zgodzę się z tym, że czasami widać wśród publikowanych tekstów presje czasu – wydawcy mimo wszystko zalezy by recenzja szybko się ukazała. A to czasem odbija się na rzetelności. Ale znów – czytelnik wybierze czy będzie czytał dane źródło czy nie.

    A czy dany autor obrazi się za krytyczną recenzję? Jeżeli będzie ona uargumentowana to nie sądzę – autorzy nie są dziećmi. Przynajmniej tak myślę:)

    • Epyon

      Od jakiegoś czasu staram się unikać jak ognia patrzenia na grę z tzw. „innej perspektywy”. Opisuję wyłącznie swoje wrażenia i dzięki temu czytelnik może mieć jakieś wyobrażenie o moim guście, a następnie odnieść to do siebie. Czyli jeśli gra mi się podoba, to ma większe prawdopodobieństwo że jemu też podjedzie do gustu.

      • Zgadzam się z tym, każdy ma swoje preferencje i w praktycznie w każdej dziedzinie. Tak jak lubisz kuchnie włoska a nie lubisz japońskiej, tak jak lubisz filmy sensacyjne a nie lubisz komedii i odwrotnie tak jako recenzent masz prawo nie lubić gier strategicznych a tylko karcianki…. jeśli określisz swoje preferencje jako recenzent gier planszowych, że lubisz takie, a nie inne to dany czytelnik jest w stanie kierować się twoim gustem, opinią etc. i uznać Ciebie za „wyrocznię”. Ja osobiście poznając planszówki kierowałem się głównie rankingiem BGG i do tej pory sprawdził się. Gry, które kupiłem wg rankingu są moimi ulubionymi.

      • Krzysztof Pilch

        O co chodzi z tym patrzeniem „z innej perspektywy”, którego unikasz? Bo nie rozumiem do końca.

        • Epyon

          Dobrym przykładem jest nieraz wspominanie w wadach gry, np. że „dla niektórych może być zbyt losowa”. Zakładam, że jak już ktoś czyta napisaną przeze mnie recenzję, to interesuje go moje zdanie, a nie „niektórych”. 😉

    • Stanisław Juźwicki

      Mega ważny temat poruszyłeś, z którym się zresztą zgadzam w 100%. W związku z tym, że obiektywność recenzji jest dość trudna do osiągnięcia, warto zapewnić dwie rzeczy: jasne określenie preferencji recenzenta i jasne określenie grupy, której taka gra może się spodobać.

      • Jeśli określisz swoje preferencje to obiektywizm możesz spokojnie „pominąć”.

        z resztą w myśl starej zasady: „jeszcze się taki nie narodził co by każdemu dogodził”

        A tak przy okazji przyszło mi do głowy robienie takiego czegoś jak recenzja-pigułka. Wielu z was recenzentów powiedziało, że nie ma czasu na złe gry i by je opisywać, ale jakoś stwierdziliście, że dana gra jest w waszym mniemaniu zła, prawda? Pewnie raz albo dwa w nią zagraliście i jakieś tam przemyślenia, uwagi, przekleństwa się na pewno pojawiły, więc moja propozycja jest taka. Opracować kilka, kilkanaście pytań, które recenzent zadałby sobie po zapoznaniu z grą. Odpowiedź na dane pytanie musiałaby się zamknąć w jednym zdaniu. Najlepiej by pytanie dałoby możliwość odpowiedzi Tak lub Nie/ Za lub Przeciw. Na końcu byłaby suma odpowiedzi Tak lub Nie/ Za lub Przeciw i czytelnik miałby jakieś pojecie o grze.
        Proponuję, Panowie recenzenci, by każdy z was wymyślił 1-2 pytania, później zebrać je, wybrać najlepsze i według nich oceniać gry, gdy czasu brakuje na dłuższą recenzje. Taką recenzję można by umieścić na jakiejś podstronie znadplanszy.pl i udostępnić czytelnikom.

    • Robert C.

      Właśnie to podkreślenie dla kogo jest dla mnie istotne w recenzji, bo szukam gry pod konkretnych ludzi. Innej jak planuje zagrać z dziewczyną, innej na spotkania z kumplami. Doświadczenie mi pokazało że nie każda dla podpasuje każdemu dlatego podobają mi się recenzje z kilku punktów widzenia.

    • Krzysztof Pilch

      Autorzy jak autorzy na Board Times mieliśmy kiedyś taką sytuację, ze Wydawca w odpowiedzi na recenzję gry napisał, że „nie krytykuje się czegoś co się dostało za darmo”. Fakt – był to odosobniony przypadek, ale był.

      • Maciej Jesionowski

        Owszem i krytykuje. Zanm opublikujesz reckę, trzeba ją podesłać do Wydawcy, czy godzi się na taką.

        Nie rozumiem podejścia „nie krytykuje się czegoś co się dostało za darmo”. Natomiast rozumiem, że wydawca zapłacił Ci grą za reckę. Ty ją wykonałeś. A, że nie zyskała poparcia w postaci „publikuj to!”, to już nie jest Twoja wina. Ty tylko oceniasz 🙂

  • Pingback: Orions | Credo planszówkowca / blogera ZnadPlanszy.pl()

  • Pingback: Kwiatosz | W stopę zwrot! ZnadPlanszy.pl()

  • Robert C.

    Problem recenzji rozbija się właściwie o problem odbiorcy o to czego ten w niej szuka. W kwestii krytyki w recenzjach ma dla mnie największe znaczenie to ile gra daje „funu” rozrywki czyli na ile będę dobrze się bawił przy tej grze. Wiem jednak że to najtrudniej ocenić bo gusta są różne ktoś może źle się bawić przy losowości ktoś może lubić pewną nieprzewidywalność w grze. Dla tego szukam kilku punktów widzenia i konfrontuje recenzje, patrząc na to które elementy z tych jakie lubię są w recenzjach wymieniane. Przykładowo za duży chaos i bicie lidera mnie odrzuca dlatego recenzje Wikingów były dla mnie wartościowe pod tym względem. „Zepsucie” tytułu ma znaczenie o ile wpływa na to jak dobrze będę się bawił przy grze, co z reguły ma znaczenie po kilkunastej partii, rzadko jednak tyle partii gram w jeden tytuł. Moje podejście wynika jednak z tego iż wolę gry z klimatem, które się ładnie prezentują na stole, i pozwalają na duży stopień interakcji, dlatego osobiście nigdy nie oczekuje od recenzenta kompletnego ogrania tytułu, pełnej analizy strategii, balansu. Chcę wiedzieć tylko czy po kilku partiach gra dalej ma w sobie to coś co sprawi że często ludzie zechcą w nią grać ze mną. Są jednak różne punkty widzenia jednak moim zdaniem ktoś kto szuka gry do rywalizacji gdzie balans czy wyrównanie szans na zwycięstwo ma znaczenie zawsze ma fanów danej gry i różne fora.

  • Pingback: Recenzje i recenzenci - czwarty głos w dyskusji - Przystanek Planszówka()