Wpisy

Najbardziej lubimy piosenki, które już znamy

Znasz mój ból, jeśli często wprowadzenie nowego tytułu wiąże się z oporem wśród znajomych. A zwłaszcza gdy tak jak ja jesteś typem gracza, którego za wyjątkiem kilku ulubionych gier, trudno nakłonić do zagrania kolejny raz w to samo.

Ktoś mądry kiedyś sformułował pojęcie tzw. strefy komfortu. Nie bawiąc się w bardziej skomplikowane definicje: w strefie komfortu jesteś tak długo, jak długo unikasz zmian. Może to dotyczyć chodzenia wytyczoną drogą do pracy, odwiedzania ulubionej kawiarnii, słuchania wybranej stacji radiowej, a wreszcie tematu tego wpisu, czyli grania ciągle w te same, dobrze już poznane planszówki. Każde złamanie przyzwyczajeń zmusza nas do wyjścia ze strefy komfortu, co dla większości osób nie jest zbyt przyjemne.

Nie inaczej było, gdy zamiast Agentów Molocha przyniosłem do przetestowania Avalon. Po rozegraniu pierwszych partii zaczęły się pojawiać głosy, że nowa wersja jest dużo gorsza, bo na dobrą sprawę nie działają w niej opracowane przez nas wcześniej metody (a że Resistance trafia u nas na stół zawsze, to mamy tę grę rozpracowaną od A do Z). Nie ma kart intryg, trzeba za to pilnować swoich ról, szukać Merlina, a poplecznicy Mordreda mogą zdecydowanie częściej zagrywać sukcesy by siać prawdziwy zamęt w szeregach rycerzy Króla Artura. Kilka osób nie chciało opuścić swojej strefy komfortu, bo wygodniej było pozostać przy starej grze zamiast zaadaptować się do nowej.

Podobną genezę ma odwieczny konflikt między eurograczami, a ameritrashowcami. Większość z nich poznała kiedyś jeden z tych gatunków i nowe gry dobiera właśnie pod tym kątem. Znam jednak wiele osób, które na kostki zawsze patrzyły z lekkim obrzydzeniem, a pewnego razu pod lekkim przymusem namówione zostały na tytuł przygodowy. Zagrali i bardzo byli zdziwieni po zakończeniu partii, że losowość nie jest jednak taka straszna. Identycznie było w drugą stronę, gdy okazywało się że mimo faktu że ten Feld to taki suchar, to jednak całkiem sprytnie to wszystko wykombinował. Sami raczej nigdy nie wykluliby się ze swoich skorupek i zwyczajnie przegapili kilka naprawdę świetnych gier.

Przyznam szczerze, że choć rozumiem takie podejście, to stoję do niego w zdecydowanej opozycji. Uwielbiam poznawać nowe gry i nie jestem ich przeciętnym odbiorcą. Jestem geekiem. Entuzjastą, któremu puls przyspiesza każdorazowo przy zrywaniu folii z pudełka, który z zapartym tchem wczytuje się w kolejne stronice instrukcji, a przed pierwszą partią niecierpliwie przegląda wszystkie wątki na forum poświęcone danemu tytułowi.

Do bazy Board Game Geeka dodanych jest już ponad 67 tysięcy przeróżnych gier wliczając w to dodatki do nich. Zakładam, że w bardzo optymistycznym wariancie, przy stałym dopływie gier do recenzji, w ciągu tygodnia jestem w stanie poznać dwie, góra trzy nowości (czasem zdarzy się nawet pięć, czasem żadnej, ale koniec końców jakoś się to wyrównuje). Rok ma 52 tygodnie, a grać będę pewnie jeszcze ze 40 lat. Pi razy oko wychodzi 160 gier rocznie i 6400 w ogóle, ale powiedzmy że dla równego rachunku przyjmiemy 6500. To daje jakąś jedną dziesiątą wszystkich gier na świecie, których rokrocznie przybywa coraz więcej. W końcu na samym Essen debiutuje kilka setek nowych tytułów.

W takim zalewie tytułów zwyczajnie szkoda mi czasu na granie ciągle w te same rzeczy. W kolejce przecież czeka cały ogrom fantastycznych gier, pełnych unikalnych rozwiązań, czy tematów. Oczywiście ryzykuję tym, że dana nowość okaże się gniotem i w efekcie tylko zmarnuję czas. Wolę jednak przeżyć zawód, niż kolejną powtórkę z rozrywki w postaci Wsiąść do pociągu, Kolejki czy Osadników z Catanu.

Poza tym w większości przypadków ryzyko jednak się opłaca i nad planszą spędzam naprawdę miłe chwile. Warto się o tym od czasu do czasu przekonać na własnej skórze i mimo przyzwyczajeń dać szansę nowościom.

Spaaaać…

Dzisiaj wpisu na blogu nie będzie.

Czytaj więcej