Patrzeć złym okiem

Przypomnij sobie, kiedy ostatnio przeczytałeś naprawdę negatywną recenzję planszówki. Nie jesteś w stanie? No właśnie.

Zawsze przed napisaniem recenzji autor staje przed wyborem – bardziej opłaca się napisać artykuł szybko, by zdążyć przed konkurencją, czy jednak lepiej jest spędzić przy stole trochę więcej czasu i stworzyć uczciwy tekst? W czasach, gdy wartość serwisów mierzy się nie w rzetelności, a w liczbie wyświetleń, czy lajków, a pozytywnie nacechowane teksty są czytane zdecydowanie chętniej, problem wcale nie jest taki błahy. Nie pomagają też ciągle spływające propozycje kolejnych tytułów do przetestowania, napięte terminy (szczególnie w okresie po targach w Essen), bądź zaufanie do znanych projektantów.

Raczej nie jestem odosobniony w twierdzeniu, że recenzent, który nie wykonuje rzetelnie swojego zadania z chęci przypodobania się wydawcy, z powodu napiętego grafika, czy piszącego tylko dla jak największej liczby uniesionych kciuków, to – cytując Sapkowskiego – „świntuch, kurwiarz i kłamca”. A na ludzi, którzy usprawiedliwiają to jeszcze chęcią obrony przemysłu gier już naprawdę brakuje mi niecenzuralnych określeń, bo jak dla mnie absolutnie nic nie tłumaczy działania w schemacie pograć-napisać-zapomnieć. Zdaję sobie sprawę, że niemożliwym jest znaleźć czas na rozegranie dwudziestu kilkugodzinnych partii przed napisaniem tekstu, ale póki nie poznam przynajmniej w miarę dokładnie każdego aspektu recenzowanego tytułu sumienie by mi nie pozwoliło, by usiąść do klawiatury. Cenię swoich czytelników i przede wszystkim w stosunku do nich staram się być fair, kwestia zrobienia dobrze wydawcy w tym wypadku nie interesuje mnie w ogóle. Dlatego też staram się nie przeoczyć żadnej z wad, które mogą mieć znaczący wpływ na ostateczną ocenę i decyzję o zakupie gry. Wydawcy także powinni zrozumieć fakt, że szczerze przyznane słabe noty są mimo wszystko lepsze, niż utrata wiarygodności wśród nabywców po przeczytaniu przez potencjalnego klienta fałszywie pozytywnej recenzji. A jeśli to do danej firmy nie dociera, to niestety, ale nie wróżę jej zawojowania rynku.

Jednocześnie nikt nie jest w stanie uniknąć jakiejś wpadki. Chociażby samo wykrycie czy dany tytuł jest zepsuty nie należy do najprostszych zadań, wymaga dużego doświadczenia oraz wielogodzinnych testów w różnorodnym gronie graczy, więc zazwyczaj nie można wymagać od recenzenta aż tak dogłębnej analizy danego tytułu. Zwłaszcza że akurat w tym przypadku ważniejsze jest to, że grając w daną pozycję dobrze się bawimy, a nie że po setnej z kolei partii uda nam się złamać grę i znaleźć uniwersalną drogę do zwycięstwa.

Nie ułatwia zadania fakt, że na naszym rynku gier planszowych wszyscy wszystkich znają. Wydawcy to również hobbyści, którzy często i gęsto pojawiają się osobiście na konwentach. Chcesz uścisnąć sobie rękę z Ignacym Trzewiczkiem, Filipem Miłuńskim albo Adamem Kałużą? Nic bardziej prostego, wystarczy pojawić się na Pionku, Avangardzie albo innej tego typu imprezie. Gorzej, jeśli tydzień wcześniej zmasakrowałeś Jaskinię, skrytykowałeś jakość wydania Winter, czy stwierdziłeś że Kolejka tak naprawdę to totalny szajs, którego sprzedaż napędza jedynie sentyment do lat młodości. Wtedy tak jakoś głupio im w oczy spojrzeć, a atmosfera nie jest zbyt przyjemna.

Jasnym jest, że wszyscy jesteśmy entuzjastami, którzy świetnie bawią się z grami w gronie znajomych, ale musimy pamiętać o tym, że na każdej potencjalnej opinii opierają się potem klienci sklepów, którzy inwestują nierzadko spore pieniądze w zakup nowych tytułów. Pisząc wyłącznie pozytywne recenzje, nawet stosunkowo słabych pozycji, możemy jedynie zaszkodzić całemu fandomowi, gdy kolejne zawiedzione osoby rzucą daną grę w kąt, zamiast cieszyć się z każdej kolejnej rozgrywki. Zamiast tego warto czasem spojrzeć trochę bardziej krytycznie i wytknąć grze stosowne wady, zamiast udawać że na rynek trafiają same hiciory. Na pewno wyjdzie to wszystkim na dobre.

17 Udostępnień